Wyrzuciłam własnego syna z mojego mieszkania, bo inaczej sama wylądowałabym na dnie. Do dziś nie wiem, czy uratowałam siebie, czy zniszczyłam rodzinę
– To chyba jakiś żart, mamo? Mam zabrać dziecko i wynosić się z domu?
Paweł stał w kuchni czerwony na twarzy, a ja trzymałam w ręku wezwanie do zapłaty za prąd i drugie, z apteki, za zaległe leki na serce. Ręce mi się trzęsły. Na stole leżał zeszyt, w którym od miesięcy zapisywałam każdy wydatek. Chleb, masło, insulinę, czynsz, gaz, pożyczka od Haliny z trzeciego piętra. I nagle coś we mnie pękło.
– To nie jest żart, Paweł. To moje mieszkanie. Ja już nie daję rady.
Justyna prychnęła tylko pod nosem i przytuliła Maję, jakbym była jakimś potworem. A przecież jeszcze trzy lata temu sama otworzyłam im drzwi.
Powiedzieli, że to na chwilę. Że Paweł stracił pracę w hurtowni, że wynajem ich dobija, że muszą stanąć na nogi. Uwierzyłam. Jak matka. Zrobiłam miejsce w małym pokoju, oddałam im swoją starą wersalkę, a sama przeniosłam się do salonu. Maja wtedy miała sześć lat i cieszyła się, że będzie spała u babci. Tylko że ta chwila zamieniła się w trzy lata.
Moja emerytura to niewiele ponad dwa i pół tysiąca. Po opłatach i lekach zostawało mi tyle, że człowiek nawet nie chce liczyć. A w domu nagle cztery osoby. Więcej prania, więcej gotowania, większe rachunki za wodę i prąd. Lodówka wiecznie pusta, choć ciągle coś kupowałam. Paweł mówił, że szuka pracy. Justyna dorabiała czasem paznokciami u koleżanek, ale do domu z tego nie wpływało prawie nic.
Na początku dawałam im czas. Potem zaczęłam pytać.
– Paweł, byłeś dziś gdzieś?
– Mamo, no byłem. Składałem CV.
– Gdzie?
– A co, przesłuchujesz mnie?
Coraz częściej siedział z telefonem, oglądał jakieś filmiki, wychodził na papierosa, wracał zły. Justyna chodziła obrażona. Mówiła, że ją oceniam. A ja po prostu patrzyłam, jak moje pieniądze rozpływają się z dnia na dzień.
Najgorsze były wieczory. Kładłam się na tej rozkładanej kanapie i słyszałam ich kłótnie za ścianą.
– Mówiłam ci, żebyś poszedł do tej pracy u Krzyśka.
– Nie będę tyrał za najniższą!
– To z czego będziemy żyć?
A ja leżałam i patrzyłam w sufit. Z czego? No właśnie. Ze mnie.
Zaczęłam brać drobne chwilówki. Najpierw jedną, potem drugą, żeby spłacić pierwszą. Wstyd mi to nawet pisać. W moim wieku. Całe życie pracowałam w sklepie mięsnym, nikogo nie prosiłam o pomoc, a na starość pożyczałam od sąsiadki na wykupienie recepty. Raz w aptece zabrakło mi 18 złotych. Farmaceutka patrzyła na mnie ze współczuciem, a ja miałam ochotę zapaść się pod ziemię.
Punkt graniczny przyszedł zimą. Otworzyłam skrzynkę i znalazłam pismo o zadłużeniu za czynsz i ostrzeżenie o możliwości wszczęcia postępowania. Usiadłam na schodach i po prostu się rozpłakałam. Nie w domu. Na klatce. Bo nie miałam już siły udawać przed nimi, że wszystko jest pod kontrolą.
Tego samego dnia poszłam do spółdzielni, potem do banku. W banku odmówili mi kolejnego kredytu. Miła dziewczyna w okienku powiedziała cicho:
– Pani Zofio, pani już nie powinna się bardziej zadłużać.
Jakby powiedziała mi coś, czego sama nie wiedziałam.
Wieczorem usiadłam z nimi przy stole.
– Macie dwa miesiące, żeby znaleźć coś dla siebie.
Paweł od razu wstał.
– Czyli co? Wyrzucasz nas?
– Ratuję siebie – odpowiedziałam. – Jak ja stracę to mieszkanie, to wszyscy wylądujemy na ulicy.
Justyna zaczęła płakać. Mówiła, że jestem bez serca, że dla obcych będę miała miejsce, a dla własnej wnuczki nie. To bolało najbardziej. Bo Maja patrzyła na mnie wielkimi oczami i nie rozumiała, co się dzieje.
Przez te dwa miesiące w domu było piekło. Cisza cięższa niż krzyk. Trzaskanie drzwiami. Komentarze rzucane półgłosem, ale tak, żebym słyszała.
– Babcia woli pieniądze od rodziny.
Tego akurat nie powiedziała Maja sama. Dziecko tylko powtórzyło to, co usłyszało. A mnie aż ścisnęło w gardle.
Kiedy się wyprowadzali, Paweł nie spojrzał mi w oczy. Wziął torby, Justyna majaczyła coś pod nosem, a Maja stała przy drzwiach i spytała:
– Babciu, a ja mogę jeszcze przychodzić?
Chciałam powiedzieć: codziennie, kochanie. Zawsze. Ale Justyna już ją ciągnęła za rękę. Od tamtej pory minął rok.
Wynajęłam jeden pokój młodemu małżeństwu z politechniki, a potem całe mieszkanie, a sama przeniosłam się do siostry na kilka miesięcy, żeby wyjść na prostą. Spłaciłam długi. Zaczęłam normalnie kupować leki, bez stresu. W lodówce znowu mam jedzenie. Śpię spokojniej. Niby wygrałam.
Tylko że telefon milczy. Na święta nie było życzeń. Na Dzień Babci też nie. Raz wysłałam wiadomość do Pawła, że tęsknię za Mają. Odpisał krótko: „Trzeba było pomyśleć wcześniej”.
Do dziś nie wiem, czy postąpiłam jak egoistka, czy po prostu w końcu uratowałam samą siebie. Powiedzcie szczerze — ile matka ma jeszcze znosić, zanim przestanie być katem we własnej rodzinie?
Czy wy na moim miejscu zrobilibyście inaczej?