Wyrzuciłam własnego syna z mojego mieszkania, bo inaczej sama wylądowałabym na dnie. Do dziś nie wiem, czy uratowałam siebie, czy zniszczyłam rodzinę

Nigdy nie myślałam, że w moim wieku będę liczyć monety na chleb i drżeć, gdy listonosz przyniesie kolejny rachunek. Pod jednym dachem mieszkali ze mną mój syn, jego żona i moja wnuczka, ale to ja utrzymywałam wszystkich, zadłużając się coraz bardziej. Kiedy w końcu kazałam im się wyprowadzić i wynajęłam mieszkanie obcym ludziom, odzyskałam spokój, ale straciłam rodzinę.

Matka kazała mi oddać bratu mieszkanie, na które pracowałam latami. Kiedy odmówiłam, usłyszałam, że jestem chciwa i nie mam serca

Siedziałam przy stole u mamy, kiedy usłyszałam, że powinnam przepisać jedno z moich mieszkań na brata, bo „rodzina jest najważniejsza”. Przez lata zaciskałam zęby, brałam nadgodziny i spłacałam kredyty, żeby mieć w Warszawie cokolwiek swojego i wreszcie czuć się bezpiecznie. Kiedy odmówiłam, najbliżsi zrobili ze mnie potwora, a ja do dziś nie wiem, czy bardziej boli mnie ich bezradność, czy to, jak łatwo uznali, że moje życie należy się komuś innemu.