Oddałam mamę do prywatnego ośrodka i usłyszałam od rodzeństwa, że jestem wyrodną córką. Nikt nie widział, jak naprawdę wyglądały nasze noce
– Ty chyba oszalałaś, Anka. Do domu starców chcesz oddać własną matkę? – krzyczała przez telefon moja siostra, Renata, a ja stałam w kuchni z mokrą ścierką w ręku i patrzyłam, jak mama znowu wypluwa tabletki do zlewu.
To był trzeci raz tego dnia. Była piąta rano. Nie spałam prawie całą noc, bo mama dusiła się, wstawała, przewracała na łóżku i wołała mojego zmarłego ojca, jakby miał zaraz wejść do pokoju. Kiedy usłyszałam od Renaty, że jestem „wygodnicka”, coś we mnie po prostu pękło.
– Przyjedź na tydzień. Tylko tydzień – powiedziałam cicho. – Potem pogadamy.
Zapadła cisza.
– Wiesz, że nie mogę. Mam pracę, dzieci, swoje życie.
Swoje życie. To zdanie wracało do mnie od miesięcy.
Mama od dwóch lat była coraz słabsza. Cukrzyca, nadciśnienie, początki demencji, odleżyny, problemy z poruszaniem. Na początku jeszcze dawałam radę. Mieszkałam z mężem, Markiem, w bloku na obrzeżach Radomia, ale kiedy mama po kolejnym upadku wyszła ze szpitala, zabrałam ją do nas. Myślałam, że to na chwilę. Że się pozbiera. Że rodzina jakoś się zorganizuje.
Nic z tego.
Mój brat, Paweł, mieszkał w Gdańsku. Co miesiąc przelewał czterysta złotych i uważał temat za zamknięty. Renata z Lublina dzwoniła raz na dwa tygodnie. Zawsze w pośpiechu.
– Jak mama?
– Źle.
– Ojej… słuchaj, ja zaraz mam zebranie, prześlę coś na leki.
I tyle.
A ja zmieniałam pampersy własnej matce. Karmiłam ją łyżeczką, kiedy trzęsły jej się ręce. Myłam ją, kiedy płakała ze wstydu i odpychała moją dłoń.
– Anusia, nie patrz… nie patrz na mnie tak – szeptała.
– Mamo, przecież ci pomagam.
– Ja już nie jestem człowiekiem.
Najgorsze były noce. Człowiek w dzień jeszcze jakoś działa, zagłusza zmęczenie. W nocy wszystko wychodzi. Lęk, bezsilność, złość, a potem wstyd, że w ogóle się złościsz. Bo jak można mieć pretensje do chorej matki?
Pewnej nocy mama zeszła sama z łóżka i przewróciła się w przedpokoju. Obudził mnie huk. Wybiegłam boso, Marek za mną. Mama leżała na panelach w rozlanej herbacie, rozcięła łuk brwiowy. Krew spływała jej po policzku, a ona patrzyła na mnie jak dziecko.
– Ja chciałam do toalety. Nie krzycz na mnie.
A ja nawet się nie odezwałam. Tylko usiadłam na podłodze i zaczęłam płakać tak, że nie mogłam złapać oddechu.
Marek potem zamknął drzwi do kuchni i powiedział wprost:
– Anka, ty się rozsypujesz. Schudłaś osiem kilo. Nie śpisz. Masz tiki w oku. To już nie jest opieka, tylko powolne topienie się.
Byłam na niego zła. Strasznie. Bo łatwo mówić. Ale wiedziałam, że ma rację.
Zaczęłam szukać prywatnego ośrodka. Takiego czystego, spokojnego, z pielęgniarkami na miejscu, z rehabilitacją, lekarzem, alarmem przy łóżku. Jeździłam po tych miejscach jak złodziejka, jakbym robiła coś haniebnego. W jednym pachniało moczem i kapustą. W drugim pani dyrektor usiadła ze mną, podała herbatę i powiedziała:
– Proszę się nie wstydzić. Czasem największą miłością jest przyznać, że samemu już się nie da.
I wtedy się rozpłakałam. Przy obcej kobiecie.
Mama, kiedy jej powiedziałam, zbladła.
– Chcesz mnie oddać?
To słowo mnie przecięło.
– Nie oddać. Zadbać o ciebie.
– Ja umrę między obcymi.
– A jak umrzesz tutaj, bo zasłabniesz, kiedy będę w aptece? Mamo… ja już nie daję rady.
Patrzyła długo. Potem odwróciła głowę do ściany. Przez dwa dni prawie się do mnie nie odzywała.
Najgorsze przyszło później, kiedy powiedziałam rodzeństwu, że termin jest ustalony. Renata wpadła w furię.
– Mogłaś z nami to skonsultować!
– Od roku was proszę o pomoc.
– Pomagamy finansowo!
Zaśmiałam się. Tak głupio, nerwowo.
– Czterysta złotych od Pawła i dwieście od ciebie nie zmieniają pampersa o trzeciej nad ranem.
Paweł też zadzwonił. Chłodny, obrażony.
– Ludzie będą gadać, Anka. Sąsiedzi, rodzina. Jak to wygląda?
– A jak wyglądało to, że mama przez dwa miesiące nie wychodziła z domu, bo nie miał kto przyjść na dwie godziny, żebym poszła do dentysty?
Nie odpowiedział.
W dniu przeprowadzki mama trzymała mnie za rękę tak mocno, że aż bolało. W samochodzie milczałyśmy. Na miejscu pielęgniarka mówiła łagodnie, pokazywała pokój, szafkę, zdjęcia, które można postawić przy łóżku. Mama siedziała sztywno.
Kiedy miałam wyjść, nagle zapytała cicho:
– Będziesz przyjeżdżać?
Poczułam, jakby ktoś ścisnął mi gardło.
– Codziennie, mamo. Naprawdę.
I jeździłam. Najpierw codziennie, potem co drugi dzień. Po dwóch tygodniach zobaczyłam coś, czego nie widziałam od dawna. Mama była uczesana, czysta, po rehabilitacji, spokojniejsza. Zaczęła lepiej spać. Ja też.
Ale rodzina nie odpuściła. Na imieninach u ciotki Grażyny zapadła niezręczna cisza, kiedy weszłam do pokoju. Potem usłyszałam szept:
– To ta, co matkę do ośrodka dała.
Jakbym ją wyrzuciła na śmietnik, a nie zapewniła opiekę, której sama nie byłam już w stanie unieść.
Do dziś mam wyrzuty sumienia. Są dni, kiedy wracam z ośrodka i ryczę w samochodzie. Są też takie, kiedy pierwszy raz od miesięcy robię spokojnie obiad, patrzę w okno i nie boję się, że za chwilę usłyszę huk z drugiego pokoju.
Czy dobra córka musi się poświęcić do końca, nawet jeśli sama przestaje żyć?
A wy co byście zrobili na moim miejscu?