Kiedy zostawił naszą chorą córkę i pojechał do swojej matki, zrozumiałam, że w tym małżeństwie zawsze będę druga
– Naprawdę teraz? – zapytałam, stojąc w drzwiach pokoju z termometrem w dłoni.
Marek nawet na mnie nie spojrzał. Szarpał zamek kurtki i nerwowo wciskał telefon do kieszeni.
– Mama sobie nie poradzi. Mówiłem ci już.
Za moimi plecami Kasia jęknęła przez sen. Miała prawie czterdzieści stopni gorączki. Od dwóch dni nie odchodziłam od jej łóżka, a tej nocy prawie wcale nie spałam, bo co chwilę budziła się z płaczem i wołała, że boli ją głowa.
– Twoja córka ma czterdzieści gorączki – powiedziałam ciszej, bo już brakowało mi siły do krzyku. – A ty jedziesz, bo twoja matka chce przesunąć meble w dużym pokoju?
Marek w końcu podniósł wzrok.
– Nie tylko o meble chodzi. Czepiasz się jak zwykle. Mama jest sama.
To „jak zwykle” zabolało mnie bardziej, niż powinno. Bo ja naprawdę długo próbowałam nie robić problemów. Naprawdę.
Kiedy się poznaliśmy, nawet mnie rozczulało, że tak troszczy się o matkę. Mówiłam sobie: dobry syn będzie też dobrym mężem. Głupia byłam. A może po prostu chciałam w to wierzyć.
Jego ojciec zmarł kilka lat przed naszym ślubem. Od tamtej pory pani Halina uczepiła się Marka tak, jakby był nie synem, tylko partnerem, kierowcą, złotą rączką, psychologiem i całym światem naraz. Dzwoniła codziennie. Rano, wieczorem, czasem po kilka razy.
– Mareczku, piec dziwnie stuka.
– Mareczku, sąsiad znowu źle zaparkował.
– Mareczku, przyjedź, bo chyba mam za ciężkie zakupy.
Na początku jeździł po pracy, pomagał, wracał. Potem zaczął odwoływać nasze plany. Obiad u moich rodziców? Nie, bo mama źle się czuje. Spacer z Kasią? Nie, bo trzeba mamie zawieźć leki, chociaż aptekę miała pod blokiem. Nasza rocznica? Siedzieliśmy w restauracji może trzydzieści minut, bo pani Halina zadzwoniła z płaczem, że kapało jej z kranu.
Marek rzucił wtedy serwetkę na stół i powiedział:
– Przepraszam, muszę jechać.
Patrzyłam za nim przez szybę, jak biegnie do auta, a kelnerka stała obok mnie z winem i niezręczną miną. Wróciłam sama taksówką. Pamiętam, że wtedy po raz pierwszy pomyślałam: ja tu z kimś przegrywam. I to nie z byłą, nie z pracą. Z jego matką.
Najgorsze było to, że ona robiła to wszystko niby niewinnie. Nigdy otwarcie mnie nie obraziła. Zamiast tego wbijała małe szpilki.
– Kasiu, ty jesteś młoda, dasz sobie radę. A ja już nie mam siły.
Albo:
– Marek zawsze miał takie dobre serce. Od dziecka wiedział, że matki się nie zostawia.
Mówiła to przy mnie, patrząc mu w twarz, jakby chciała sprawdzić, czy dalej należy do niej.
Próbowałam z nim rozmawiać setki razy.
– Marek, to nie jest normalne.
– Co nie jest normalne? Że pomagam własnej matce?
– To, że wszystko jest ważniejsze od nas.
– Przesadzasz.
To było jego ulubione słowo. „Przesadzasz”. Kiedy płakałam w łazience po kolejnej kłótni. Kiedy siedziałam sama na wywiadówce, bo jego mama akurat potrzebowała zawieźć firanki do krawcowej. Kiedy Kasia spytała przy kolacji:
– Tato, czemu babcia jest dla ciebie ważniejsza niż my?
Zapadła taka cisza, że aż mnie ścisnęło w gardle. Marek odłożył widelec i powiedział ostro:
– Nie mów tak.
Ale nie odpowiedział.
Tamtego dnia z gorączką Kasi coś we mnie umarło. On jeszcze stał w przedpokoju, a ja już wiedziałam, że to koniec.
– Jak wyjdziesz, nie chodzi tylko o dzisiejszy dzień – powiedziałam.
Westchnął ciężko, jakbym znowu robiła scenę.
– Nie mam teraz siły na twoje ultimatum.
– To nie jest ultimatum, Marek. To konsekwencja.
Trzasnęły drzwi. Po prostu wyszedł.
Usiadłam obok Kasi i zaczęłam ją głaskać po włosach. Ręce mi się trzęsły. Byłam wściekła, ale bardziej chyba pusta. Wiecie, to uczucie, kiedy już nawet nie chce się płakać, bo wszystko stało się nagle jasne.
Wieczorem napisał tylko: „Mama miała ciężki dzień. Wrócę późno”.
Nie odpisałam.
Następnego ranka spakowałam nasze rzeczy. Nie wszystko, tylko najpotrzebniejsze. Ubrania Kasi, lekarstwa, dokumenty, kilka swoich swetrów, ładowarkę, jej ulubionego królika. Zadzwoniłam do siostry.
– Mogę przyjechać?
Nie pytała o nic. Powiedziała tylko:
– Przyjeżdżaj.
Kiedy Marek wrócił, stałam już z torbami w przedpokoju. Spojrzał na mnie i najpierw chyba nie zrozumiał.
– Co ty robisz?
– Wyprowadzam się.
– Zwariowałaś?
Zaśmiałam się, ale to nie był śmiech. Raczej coś pękniętego.
– Nie. Ja dopiero teraz przestałam wariować.
Podszedł bliżej.
– Przez jedną sytuację?
– Nie przez jedną. Przez sto takich samych. Przez każde „mama cię potrzebuje” ważniejsze od „my cię potrzebujemy”. Przez to, że nasza córka już widzi, że jej ojciec zawsze biegnie gdzie indziej.
Milczał. Potem powiedział cicho:
– Przecież to moja matka.
– A my jesteśmy twoją rodziną.
Odwrócił wzrok. I właśnie to było najgorsze. Nie walczył. Nie powiedział: masz rację, naprawię to. Nie zatrzymał mnie naprawdę. Jakby w środku już wiedział, że nie umie przeciąć tej pępowiny, choć ma ponad czterdzieści lat.
Od tamtej pory minęło osiem miesięcy. Nie było łatwo. Wynajęłam małe mieszkanie. Liczyłam każdy grosz. Czasem płakałam po nocach ze zmęczenia, a rano i tak robiłam Kasi kanapki do szkoły i udawałam, że wszystko jest pod kontrolą. Ale pierwszy raz od lat przestałam żyć w napięciu, czyj telefon znowu rozwali nam dzień.
Marek nadal dzwoni. Mówi, że tęskni, że może przesadził, że mama już trochę rozumie. Szkoda, że zaczął to widzieć dopiero wtedy, gdy nas stracił.
Najbardziej boli mnie to, że ja naprawdę chciałam zwyczajnego domu. Nie luksusów. Nie wielkich romantycznych gestów. Tylko męża, który kiedy jego dziecko płonie z gorączki, zostaje przy niej bez wahania.
Czy za dużo chciałam? I powiedzcie szczerze – da się jeszcze zaufać człowiekowi, który tyle razy wybierał nie was?