Zamieszkałam z mężczyzną, którego poznałam w sanatorium. Dzieci mówią, że się wygłupiam

– Mamo, słyszałam, że wyprowadziłaś się z domu. To jakiś żart?! – przeczytałam na ekranie telefonu, a serce zamarło mi w piersi. Jeszcze wczoraj z Anią rozmawiałyśmy o przepisie na szarlotkę, a dziś jej wiadomość była zimna jak lód. Przez chwilę nie wiedziałam, co odpisać. Wpatrywałam się w ekran, czując, jak dłonie mi drżą.

Odpisałam tylko: „Wszystko w porządku, kochanie. Pogadamy wkrótce.” Ale wiedziałam, że to nie wystarczy.

Jan siedział w kuchni, parzył herbatę. – Coś się stało? – zapytał, widząc moją minę.

– Dzieci już wiedzą – powiedziałam cicho. – Ania napisała. Jest wściekła.

Jan podszedł, położył mi rękę na ramieniu. – Spodziewałaś się, że będą zachwycone?

Pokręciłam głową. – Nie wiem, Janie. Myślałam, że… że będą mnie wspierać. Że zrozumieją, że po śmierci taty byłam sama przez tyle lat. Że mam prawo jeszcze być szczęśliwa.

Jan westchnął. – Masz prawo. Ale dzieci czasem nie potrafią tego zaakceptować.

Przypomniałam sobie dzień, kiedy poznałam Jana. Było lato, sanatorium w Ciechocinku, zapach tężni i śmiech ludzi na deptaku. Jan był inny niż wszyscy – nie narzekał na zdrowie, nie plotkował. Zamiast tego opowiadał mi o książkach, które czytał, o podróżach, o młodości. Zaczęliśmy spacerować razem, potem pić kawę, aż w końcu nie wyobrażałam sobie dnia bez niego.

Po powrocie do domu długo się wahałam. Dzieci – Ania i Tomek – przyjeżdżały rzadko, zawsze zabiegane, z wnukami, z własnymi sprawami. Czułam się coraz bardziej samotna. Jan zadzwonił któregoś wieczoru: – Może byś przyjechała do mnie na trochę? – zaproponował. – Mam duży dom, ogród, nie będziesz się nudzić.

Spakowałam walizkę. Nie powiedziałam dzieciom. Bałam się ich reakcji.

Teraz, kiedy już wiedziały, nie mogłam dłużej udawać. Wieczorem zadzwoniła Ania.

– Mamo, co ty wyprawiasz? – jej głos był napięty. – Wyprowadziłaś się do jakiegoś faceta, którego znasz od kilku miesięcy? Przecież to niepoważne!

– Aniu, ja nie jestem już dzieckiem. Wiem, co robię. Jan jest dobrym człowiekiem. Jest mi z nim dobrze.

– A my? – przerwała mi. – My się nie liczymy? Tata nie żyje nawet trzy lata, a ty już…

– Aniu, nie możesz mnie oceniać. Byłam sama, bardzo samotna. Wy macie swoje życie, ja też chcę mieć swoje.

– To jest egoistyczne, mamo. – Jej głos się załamał. – Wstyd mi przed rodziną. Co powiem dzieciom?

Rozłączyła się. Siedziałam długo w ciszy, czując, jak łzy spływają mi po policzkach. Jan próbował mnie pocieszyć, ale czułam się rozdarta.

Następnego dnia zadzwonił Tomek. Był bardziej opanowany, ale w jego głosie czułam rozczarowanie.

– Mamo, nie rozumiem cię. Zawsze byłaś rozsądna. A teraz…

– Tomku, ja nie chcę być sama. Jan mnie kocha. Ja jego też. Czy to takie złe?

– Nie wiem. Ale nie poznaję cię. Zawsze byłaś dla nas, a teraz…

– Teraz jestem też dla siebie – powiedziałam cicho.

Przez kolejne dni dzieci nie dzwoniły. Czułam się jak wygnaniec. Jan robił wszystko, by mnie rozweselić – zabierał na spacery, gotował obiady, opowiadał dowcipy. Ale wieczorami, kiedy zasypiał, ja leżałam w łóżku i myślałam o Ani i Tomku. Czy naprawdę jestem egoistką? Czy mam prawo do szczęścia?

Pewnego dnia Ania przyjechała bez zapowiedzi. Stała w drzwiach, z zaciśniętymi ustami.

– Chciałam zobaczyć, jak tu mieszkasz – powiedziała chłodno.

Pokazałam jej dom, ogród, kuchnię. Jan był uprzejmy, ale wyczuwał napięcie. Ania patrzyła na mnie z wyrzutem.

– Mamo, ty naprawdę tu zostaniesz? Na zawsze?

– Nie wiem, Aniu. Na razie jest mi tu dobrze. Jan mnie szanuje, rozmawiamy, śmiejemy się. Nie czuję się już taka samotna.

– A my? – zapytała znowu. – My już się nie liczymy?

– Liczycie się. Ale ja też się liczę. Przez całe życie byłam dla was. Teraz chcę być trochę dla siebie.

Ania popłakała się. Przytuliłam ją, a ona długo nie chciała mnie puścić.

– Boję się, że cię stracę – wyszeptała.

– Nie stracisz mnie. Zawsze będę twoją mamą. Ale musisz mi pozwolić być też kobietą.

Po jej wyjeździe długo myślałam o tej rozmowie. Czy naprawdę dzieci mają prawo decydować o moim życiu? Czy powinnam poświęcić swoje szczęście dla ich spokoju?

Jan usiadł obok mnie na tarasie. – Nie żałujesz?

Pokręciłam głową. – Nie. Ale boli mnie, że dzieci nie potrafią tego zrozumieć.

– Może kiedyś zrozumieją – powiedział cicho.

Patrzyłam na zachodzące słońce i zastanawiałam się, czy można być szczęśliwym, kiedy najbliżsi cię odrzucają. Czy miłość w moim wieku to naprawdę powód do wstydu? A może powinnam w końcu pomyśleć o sobie?

Czy naprawdę jestem egoistką, bo chcę jeszcze kochać i być kochaną? Co wy byście zrobili na moim miejscu?