Czy powinnam zmienić imię mojego syna? Historia matki, która stanęła przed trudnym wyborem
– Kuba! Kuba! – krzyczę przez okno na plac zabaw, próbując odnaleźć mojego syna wśród gromady dzieci. Odpowiada mi chóralne: „Słucham?” – bo aż trzech chłopców odwraca się w moją stronę. Mój Kuba, Kuba Nowak, Kuba Zieliński i Kuba Kowalczyk. Przez chwilę czuję się, jakbym wołała do tłumu, a nie do własnego dziecka.
Wracam do kuchni, gdzie czeka na mnie moja mama. – Znowu nie mogłaś go znaleźć? – pyta z lekkim uśmiechem. – Może powinnaś była dać mu jakieś oryginalniejsze imię, Marto?
Te słowa wracają do mnie jak bumerang od kilku miesięcy. Zaczęło się niewinnie – od rozmów z innymi mamami na forum internetowym. Ktoś napisał, że jej syn, Franek, jest jednym z pięciu Franków w przedszkolu. Ktoś inny narzekał na Natalki i Zosie. Wtedy zaczęłam się zastanawiać: czy moje dziecko naprawdę musi być jednym z wielu?
Wieczorem, kiedy Kuba już śpi, siadam z laptopem na kolanach i wpisuję w wyszukiwarkę: „zmiana imienia dziecka po kilku latach”. Czytam historie innych rodziców. Jedni żałują, inni są szczęśliwi po zmianie. W głowie kłębią mi się myśli: czy to nie za późno? Czy nie skrzywdzę Kuby? Czy nie wywołam rodzinnej awantury?
Mój mąż, Tomek, jest przeciwny. – Przecież to tylko imię! – mówi zirytowany. – Poza tym, to ty wybrałaś Kubę! Pamiętasz, jak płakałaś ze wzruszenia, kiedy pierwszy raz go tak nazwałaś?
– Ale wtedy nie wiedziałam, że będzie ich tylu! – odpowiadam bezsilnie.
– A co powiesz babci? – pyta Tomek. – Dla niej Kuba to już cała historia. To jej ukochany wnuk.
Czuję się rozdarta. Z jednej strony chcę, żeby moje dziecko było wyjątkowe. Z drugiej – boję się, że odbiorę mu coś ważnego. Przypominam sobie dzień narodzin Kuby. Leżałam w szpitalu, patrzyłam na jego maleńką twarz i szeptałam: „Kuba”. To imię wydawało mi się wtedy najpiękniejsze na świecie.
Ale teraz…
Na forum wrze dyskusja. Jedni piszą: „Nie rób tego dziecku!”, inni: „Imię to ważna część tożsamości”. Ktoś inny: „Moja córka nienawidzi swojego imienia, bo jest takie pospolite”.
W pracy nie mogę się skupić. Koleżanka z biura, Ania, zauważa moją zamyśloną minę.
– Coś cię gryzie?
Opowiadam jej wszystko. Ania śmieje się: – Mój brat ma na imię Michał i nigdy mu to nie przeszkadzało! Ale rozumiem cię… Chcemy dla naszych dzieci wszystkiego, co najlepsze.
Wieczorem rozmawiam z Kubą.
– Kuba, a gdybyś miał inne imię… chciałbyś?
Patrzy na mnie zdziwiony.
– Ale ja jestem Kuba! – mówi z przekonaniem.
– A gdybyś był… Leonem? Albo Olgierdem?
Kuba marszczy brwi.
– Nie chcę być Leonem. Chcę być Kubą!
Czuję łzy pod powiekami. Moje dziecko już wie, kim jest. Czy mam prawo mu to zabrać?
Tymczasem w rodzinie narasta napięcie. Mama dzwoni codziennie:
– Marto, nie rób głupstw! Dziecko to nie zabawka!
Tomek przestaje ze mną rozmawiać o tym temacie. W domu czuć chłód.
W końcu decyduję się na szczerość podczas rodzinnego obiadu.
– Chciałam wam powiedzieć… Myślę o zmianie imienia Kuby.
Zapada cisza. Babcia odkłada widelec.
– Czy ty zwariowałaś? – pyta cicho.
– Chcę tylko, żeby był wyjątkowy…
– On już jest wyjątkowy! – przerywa mi Tomek. – Bo jest nasz!
Patrzę na Kubę, który bawi się samochodzikiem pod stołem. Nagle podbiega do mnie i przytula się mocno.
– Mamo, kocham cię! – szepcze.
Wtedy dociera do mnie cała prawda. Imię to tylko słowo. To my nadajemy mu znaczenie przez miłość i wspólne chwile.
Wieczorem siadam przy oknie i patrzę na śpiącego Kubę. Myślę o wszystkich KUBACH świata – każdy z nich jest inny, każdy ma swoją historię.
Czy naprawdę powinnam była tak bardzo przejmować się tym, co pomyślą inni? Czy nasze dzieci muszą być wyjątkowe przez imię… czy przez to, kim są?
Może czasem najważniejsze pytania to te najprostsze: Czy potrafimy zaakceptować nasze wybory? Czy umiemy pokochać zwyczajność?