Jak owczarek śląski wtrącił się w moje życie (i nigdy już nie byłam sama)

Musiałam rwać krzaki gołymi rękami, żeby dostać się do niej – leżała pod śmietnikiem, z krwią na łapie i martwymi oczami. Sierść splątana błotem i śmierdząca jak rozlany olej, a powietrze przesycone przejmującym chłodem marcowego poranka. Stanęłam bez ruchu, przez sekundę myśląc, żeby po prostu odejść – przecież nie potrafię nawet zadbać o siebie po śmierci Janka, a co dopiero o ranną suczkę.

Minął dopiero rok od jego pogrzebu, a ja zamieszkałam w betonowym bloku na Zawodziu w Katowicach, przepłakując noce i coraz rzadziej odbierając telefony od mojej córki, Justyny. Pracowałam dorywczo, bo renty nie wystarczyło na czynsz, leki i jedzenie. Zuzia – bo tak spontanicznie ją nazwałam – patrzyła na mnie spod brwi z wyrzutem. Wiedziałam, że powinien ją obejrzeć weterynarz, ale naiwnie liczyłam, że to przejdzie samo. Ale rana zaczęła śmierdzieć metalem, a Zuzia utykała.

Nie mogłam jej zostawić, więc kolejkowałam w NFZ po własne recepty, a potem z duszą na ramieniu, wzięłam ją zawiązaną na starym pasku do autobusu numer 12. Kierowca patrzył krzywo, bo z psem nie wolno, a ja wściekle tłumaczyłam, że to tylko na jeden przystanek do weterynarza. Serce Zuzi waliło w nerwach pod moją dłonią – poczułam jej ciepło i zęby, które próbowała zapobiec lizaniu rany. Zapach jej oddechu, mieszanka sierści i leków, na długo utkwił mi w ubraniu.

Zapłaciłam 300 zł za szycie łapy i antybiotyki, połowę z emerytury. Zęby zaciskałam ze złości, bo wiedziałam, że teraz nie spłacę zadłużenia czynszowego. Przez kolejne tygodnie chodziłam z Zuzią na kolejne kontrole. Zaczęłam przez nią wcześniej wstawać, wychodziłam między blokami, kiedy inni jeszcze spali lub szli do pracy. Zaczął przeszkadzać mi odór starych śmieci i wilgotnego betonu – Zuzia natomiast namiętnie węszyła każdy kąt, wyciągała mnie na dłuższe trasy, byle tylko nie wracać do pustego mieszkania.

Zaprzyjaźniłam się z sąsiadką, panią Basią, której nigdy wcześniej nie lubiłam. Zuzia próbowała przywitać jej kota, a ja po raz pierwszy od śmierci męża weszłam do cudzego mieszkania na herbatę. Basia opowiadała, że podziwia mnie za opiekę nad psem, choć ja czułam się wciąż beznadziejna i zmęczona. Mimo to, odpowiedzialność za Zuzię kazała mi trzymać się rytmu dnia.

Najtrudniejsze przyszło pod koniec listopada, gdy Zuzia zniknęła na spacerze w plątaninie szarych uliczek. Śnieg padał, mróz szczypał w uszy, a ja godzinę biegałam po osiedlu, pytając wszystkich sąsiadów. Czułam, jakby ktoś znowu zabrał mi najważniejszą istotę. W końcu znalazłam ją pod ławką niedaleko sklepu – cała trzęsła się i zawodziła, a jej oddech był ciężki, krótki, świstał jej w gardle. Wzięłam ją na ręce, czułam bijące serce pod kurtką, blisko mojej piersi. Przestraszyłam się – więcej niż wtedy, gdy byłam zupełnie sama.

Dwa dni później musiałam podjąć decyzję, czy zapłacić za jej leki czy przedłużyć kartę miesięczną, bez której nie dojadę do lekarki w przychodni. Wybrałam Zuzię. Pierwszy raz wybrałam kogoś innego niż siebie – nie z obowiązku, ale z lęku przed kolejną stratą.

Justyna wpadła do mnie pod koniec świąt. Weszła w butach, zobaczyła Zuzkę i zaczęła krzyczeć, że oszalałam. Powiedziałam jej, że bez niej nie przetrwałabym zimy. Usiedliśmy wszyscy troje, długo nie odzywałyśmy się do siebie. Potem Justyna zaczęła głaskać Zuzię po uszach, a ja w końcu zdobyłam się, by jej wyznać, jak bardzo tęsknię za dawnymi czasami.

Dziś Zuzia śpi obok na starej sofie. Jej oddech spokojny, pachnie letnią trawą i wilgotną ziemią, gdy się wtulę. Jestem zmęczona, czasem wściekam się na konsekwencje podjętych decyzji – moje długi i niepewność jutra, ale wiem, że już nigdy nie będę zupełnie sama. Bo skąd człowiek ma wiedzieć, czy lojalność wobec psa nie bywa cenniejsza niż wobec ludzi? Czy wstydzę się tego, że czasem na nowo wybieram jej obecność kosztem innych?