Kiedy żona spakowała torbę i wyszła z naszym chorym synkiem, zrozumiałem, że nie tracę tylko rodziny, ale przegrywam z własną dumą

Stałem w przedpokoju, kiedy moja żona trzęsącymi się rękami zapinała kurtkę naszemu ciężko choremu synkowi i powiedziała, że jedzie do swoich rodziców, bo już dłużej tak nie da rady. Wtedy pierwszy raz naprawdę dotarło do mnie, że nie zabija nas tylko strach o dziecko, ale też zmęczenie, samotność i moja chora potrzeba udawania, że wszystko kontroluję. Dziś wiem, że czasem największą odwagą nie jest zacisnąć zęby, tylko powiedzieć: nie radzę sobie, pomóż mi.